Mirosław Karwat "Formalizm i snobizm w nauce - i jego polityczny kontekst"

FORMALIZM I SNOBIZM W NAUCE –

i jego polityczny kontekst


Na ukierunkowaniu – nie tylko w Polsce – reform nauki i szkolnictwa wyższego odciska piętno technokratyczny i neoliberalny styl myślenia, nacechowany wulgarnym utylitaryzmem. To sposób myślenia i działania, który z założenia przeciwstawia się i autoteliczności procesów poznawczych (bez zrozumienia, że najlepsze efekty praktyczne przynosi nauka nieskrępowana z góry założonymi efektami, granicami zamówienia politycznego i biznesowego lub brakiem zainteresowania zarządców i sponsorów), i autonomii nauki.


W naszych polskich realiach ten wulgarny utylitaryzm – obsługiwany przez lawinę formalistycznych regulacji, „standardów”, parametrów itp. – łączy się jeszcze ze snobistycznym odreagowaniem kompleksu zaścianka, grajdołka w formie postsarmackiej zabawy w „cudzoziemszczyznę”, „światowość”, z imperatywem naśladownictwa, a zarazem z wiadomym politycznym programem „wymiany elit”, którym kokietuje się – jako okazją i szansą wskoczenia od razu na tron – tak zwane młode wilczki.


W tym syndromie uznaje się, że traktowanie poznania jako wartości samej w sobie (choć to nie wyklucza jego wtórnej praktycznej użyteczności i służebności) i respektowanie autonomii świata akademickiego jest jakoby zaprzeczeniem gospodarczej i państwotwórczej przydatności oraz efektywności.


Rządzący i zarządzający nauką oraz szkolnictwem wyższym (zwłaszcza – kręgi decyzyjne w ministerstwie) odnoszą się do uczonych i do uczelni dość podobnie jak, powiedzmy, właściciel browaru i fabryki kiełbasy, który już nabył klub piłkarski, a teraz jeszcze ma zagospodarować uniwersytety – i chce „wiedzieć, za co płaci”, a nie lubi się przyznać, iż nie bardzo rozumie, co ci badacze właściwie robią i według jakich kryteriów ich oceniać. W każdym razie kończy z tą dziwaczną praktyką, że to uczeni określają swój przedmiot badań, definiują specyfikę i zakres swych dyscyplin, subdyscyplin oraz – to dopiero skandal! – sami, jako środowisko, ustalają kryteria oceny i formułują ocenę wartości naukowej dzieł kolegów. Koniec z tą samowolą, wszystko trzeba uregulować, a tych utrzymanków budżetu rozliczać. Aby rozliczać i selekcjonować, konieczne są parametry, wskaźniki – jako miary przydatności lub zbędności. Mentalność biurokraty, technokraty i Króla kiełbasy jest tu podobna i zgodna.

Kramarska mentalność, kramarskie kryteria


Aksjomaty takiej polityki naukowej są czytelne i spójne – leitmotivem jest komercyjna wymierność. A także – wymienność (może być to, może być tamto, byle przybywało i byle rachunek się zgadzał).

* Dzieło naukowe, myślenie, poszukiwanie i weryfikacja wiedzy nie jest żadną wartością samą w sobie (kogo obchodzą jakieś rozmyślania i dociekania poza samym darmozjadem), ale towarem – na który jest popyt, albo nie ma, i jest zbędny, jeśli nie ma widoków na zbyt.

* Badanie i jego rezultat – dzieło warte są tyle, ile ktoś jest gotów za nie zapłacić, a z drugiej strony – z punktu widzenia pracownika nauki i jego zwierzchników - ile można na nim zarobić (w pieniądzu, ale są też ekwiwalenty pieniądza, żetony – takie jak punkty). Ma być podobnie jak na rynku wydawniczym: autor kolejnych harlekinów, kryminałów lub komiksów jest oczywiście więcej wart niż autor tomików poezji, powieści dla kręgu niszowego. I taki właśnie schemat próbują narzucić naukom humanistycznym i społecznym „reformatorzy”. Nie przeszkadza im wiedza porównawcza, że np. w świecie literatury Wojna i Pokój nie musi się ścigać z Batmanem, a w świecie muzyki Mahler czy Szostakowicz nie jest zbędny tylko dlatego, że Zenek Martyniuk ma Złotą Płytę.

* To już od dawna wiadomo w świecie kultury artystycznej, sztuki, a zwłaszcza w popkulturze skrzyżowanej z biznesem: najważniejsza informacja dla widza i dla potencjalnego nabywcy (dystrybutora – właściciela sieci kin, widza) dotyczy rzecz jasna nie wartości artystycznej, oryginalności, wyrafinowania filmu czy spektaklu (dziś krytyka filmowa, teatralna czy literacka to plucie pod wiatr), ale tego, ile kosztowała ta „produkcja”, ile zarobiła w dniu premiery i w ciągu pierwszego tygodnia.

* Rynkowa hierarchia wartości twórców odpowiada tym kryterium. I w nauce ma być podobnie: dziesięć ekspertyz lub sto komentarzy w mediach więcej ma znaczyć niż jakieś traktacisko.

* Naukowiec nowej epoki, wychowany już w tym duchu dobrze wie: jestem tyle wart, za ile jestem w stanie się sprzedać. Sprawdzianem i dowodem mojej wartości jest moja asertywność, a jej miarą ilość i częstotliwość publikacji – w parze z ekonomicznością (tylko frajer bawi się w jakieś traktaty, rozprawy, monografie, gdy wystarczy do spółki napisać i sprzedać artykuł na 8 stron – za o wiele więcej punktów niż za tę książkową dłubaninę, która odwleka i zamraża wyniki). Miarą wartości jest też tempo awansu współmierne do tej wydajności („produktywności”), a trochę i do koniunktury medialnej, aktualnej mody lub protekcji i promocji politycznej.

* Istotne novum w tym postępującym procesie komercjalizacji: informacja naukowa (o zasobach źródłowych, o stanie badań, o nowych publikacjach, o ośrodkach naukowych, zespołach badawczych, autorach), a teraz tym bardziej metainformacja (gdzie i jak, na jakich zasadach i warunkach można uzyskać informację, a zarazem upowszechnić informację o sobie) też jest towarem – kapitałem samym w sobie, a nie – jakby myślał ktoś niedzisiejszy – narzędziem obsługi procesów poznania i procesów organizacji, stymulacji badań.

* Co więcej, odwracana jest dotychczasowa relacja: teraz to magazynierzy, przetwórcy i dystrybutorzy informacji naukowej (lub pseudonaukowej) rozdają karty; to oni określają, co ile jest warte w świecie nauki, kto się liczy, a kto nie istnieje lub może być zlekceważony; kto zasługuje na wyróżnienia i awanse, a kto na wegetowanie lub „spuszczenie”.

* Powstał pikantny mechanizm: Naukowcy (instytucjonalnie i indywidualnie) zaprzężeni do tego kieratu obrotu informacją nie tylko muszą zasłużyć na zainteresowanie i łaskawość Sterników Informacji (Bibliometrii) – podobnie jak autor (pisarz, publicysta) na łaskę wydawcy, ale sami za darmo mają obsługiwać machinę ewidencji, obliczeń, przeliczeń, udostępniania, na której zarabiają przedsiębiorcy przemysłu informacyjnego. Są oni cwańsi niż zwyczajni właściciele punktów skupu tego czy tamtego. Instytut badawczy, uczelnia za darmo dostarcza wszelkiej wiedzy o swoich dokonaniach i „produktach”, po czym jeszcze płaci za możliwość korzystania z bazy danych (włącznie z danymi o swoich jednostkach, zespołach, pracownikach). Na tym właśnie polega kapitalistyczna kreatywność. O tym nie zaszkodziłoby wiedzieć i pamiętać, gdy mowa o indeksach cytowań, bazie SCOPUS itd. Pasożytuje się na naszej własnej pracy – jak jemioła na drzewach.

* Działalność naukowa zostaje zredukowana do zbiorowej obsługi i indywidualnej współobsługi taśmociągu z przepływem ciągłych nowości (podążaj naprzód i nadążaj, nie oglądaj się wstecz). Rezultat widoczny w naukach humanistycznych i społecznych: klasyczna literatura to makulatura, co najwyżej antykwariat, do którego już nikt nie zagląda; bibliografia musi być wyłącznie świeża jak bułki przy śniadaniu. Nie dyskusje, debaty, spory, nie trwale zakorzenione idee lub poszukiwania poruszające środowisko czynią cię naukowcem, lecz „bycie w obiegu”, ciągłe wrzucanie nowinek do czasopisma i na FB - jak dorzucanie brykietu do pieca (z tym samym skutkiem: zostaje popiół). W żargonie bibliometrycznym nazywa się to „produktywnością” (nie mylić z kreatywnością, oryginalnością). To wyrabianie normy – jak w centralistycznie zarządzanym budownictwie czy odlewie stali.


Bibliometryczne szaleństwo i snobistyczna demoralizacja

Opaczna, koślawa interpretacja abstrakcyjnie słusznych trendów i pragmatycznych konieczności weryfikowania dorobku już zaowocowała demoralizacją wielu młodych naukowców, ale też i starych chałturników. Oblicze takiego „bohatera naszych czasów” (w naszej akademickiej wspólnocie w stanie rozkładu) określone jest przez następujące czynniki:


* Czas i intensywny rytm pracy naukowej wypełnia… łapanie punktów, kolekcjonowanie rozmaitych świadectw uczestnictwa i obecności, certyfikatów i oczywiście sprawozdawczość – a wszystko to zamiast rozmowy, dyskusji. Uczeni (nie tylko młodzi) - już wcześniej rozbiegani w poszukiwaniu dodatkowego zarobku – funkcjonują jak na bieżni (każdy biegnie po swoim torze), a rozmawiają ze sobą (niezupełnie o pasjach badawczych, problemach naukowych) na schodach, w krótkich przerwach między kolejnymi szkoleniami, jak pisać, indeksować, rejestrować. Pojawiły się zupełnie nowe nawyki i obyczaje. Np. takie, że przyjeżdża się na konferencję, by wygłosić swoje, zaliczyć – i wyjechać (czasem nawet nie czekając na ewentualne pytania i polemiki), a szkoda czasu na wysłuchanie innych lub konfrontację swojej produkcji z odbiorem kolegów.

* Co właściwie dają indeksy cytowań i kolekcje członkostwa w towarzystwach, radach, zespołach redakcyjnych, uczestnictwa w grantach? Środek stał się celem; miernik – fetyszem. Momentami przypomina to licytację dzieci, kto ma więcej zabawek.

* Parametryczno-punktowy system oceny oraz stymulacji aktywności naukowej (nieraz – pseudonaukowej) skutkuje postępującą depersonalizacją. Oceniających – już nie tylko zewnętrznych biurokratów, ale i kolegów z własnego środowiska naukowego – obowiązuje i motywuje wyłącznie standaryzacja, która w praktyce oznacza uniformizację (jednakowe kryteria i wymagania wobec specjalności empirycznych, normatywnych, teoretycznych). Interesuje ich to, czy „produkcja” (nie żadna tam twórczość) mieści się w urzędowych ramach i czy przynosi punkty, a nie indywidualność, oryginalność. Ta bywa nawet kłopotliwa, jeśli przekracza wyznaczone ramy i jeśli jest niewymierna. Nie treść badań, publikacji jest ważna, liczy się tylko indeks cytowań (zwłaszcza ten właściwy, odniesiony do odpowiedniego kręgu) – jak w banku liczy się stan konta, a właściciel konta tylko ze względu na stan konta. Jeśli kiedyś pracownik nauki przedstawiał się i był przedstawiany imieniem i nazwiskiem oraz nazwą jakiegoś konkretnego osiągnięcia (co właściwie odkrył, ustalił, skorygował), to dziś - jako fetyszysta uświatowionej bibliometrii przedstawia się swoim indeksem Hirscha. Co ma wymowę zabawną – bo to tak, jak gdyby kawałek mięsa przedstawiał się: „Wołowina jestem, ważę 300 gram”.

* Wszechogarniająca fetyszyzacja rankingów (rankingi uczelni, dyscyplin, wydawnictw) powoduje, że to wspomniane fetysze - punkty, indeksy cytowań, rekordowe wykazy członkostwa w radach, komitetach, zespołach, towarzystwach - uznawane są za wyraz i miarę „dorobku naukowego”. Ile czego masz i gdzie – oto Twój kapitał. Nie pada tu pytanie, co z tego zostaje po latach, czy w taśmociągu grantów i artykułów ktoś kiedykolwiek jeszcze do tego nawiąże i powróci; czy rzeczywiście wniosłeś coś nowego. W tej atmosferze i praktyce konkluzje w recenzjach doktorskich i habilitacyjnych (o znaczącym wkładzie w rozwój dyscypliny) brzmią nie tylko jak frazesy, ale i jak autoparodia.

* Ugruntowuje się fałszywa samoświadomość niektórych „młodych przodowników nauki”: naiwna lub obłudna wiara w to, że publikacje w bazie SCOPUS i wysoka cytowalność jest tożsama z jakością twórczości (prestiżowe miejsce jakoby poświadcza za wybitność) i z pozycją autora - punktowego rekordzisty w obiegu naukowym danej dyscypliny. Tymczasem często jest to wskaźnikiem jedynie zapobiegliwości, może nawet pracowitości – ale niczym więcej. Osobnik zainfekowany parametrozą, punktozą po prostu nie wie i nie rozumie, iż żadna suma punktów (w dodatku liczonych raz według takich, to znów wg innych kryteriów, bo pomysły biurokratów i graczy politycznych są zmienne jak pogoda) ani nie zastąpi, ani też nie zmieni (nie poprawi, nie przekreśli) opinii środowiska – faktycznej rozpoznawalności, renomy („mieć nazwisko” to jednak coś innego niż mieć indeks H = 5 czy 8), uznania. Zazdrościć komuś tego urobku niekoniecznie znaczy cenić i podziwiać.

* Usankcjonowana ignorancja. Dotychczasowy wzorzec osobowy pracownika nauki zakładał, iż trzeba znać nie tylko formalnie określony „stan badań”, ale ponadto tradycję danej dyscypliny i problematyki, dokonania ważnych poprzedników, hierarchię (choćby krytycznie przewartościowywaną) autorytetów – w tym sensie znać swoje miejsce nie tyle „w szeregu”, ile w pewnym procesie ewolucji wiedzy. Teraz lansowany jest wzorzec Pioniera (od tej chwili preria jest moja, zaczynamy nową epokę, kto by tam rozmyślał o tych Indianach przede mną). Można więc – legitymując się pozłacanym dyplomem - nie tylko nie znać nazwisk luminarzy, koryfeuszy czy klasyków danej dziedziny w obiegu narodowym ani ich dzieł, ale wręcz chełpić się tym, a w odpowiedzi na przywołanie takich autorytetów strzelać z kolta: „ile on ma punktów?”. I czuć się lepszym od tych bezpunktowych i „tylko lokalnych”.

* Zarówno biurokraci i ich polityczni patroni, jak i usłużni specjaliści od bibliometrii udają, że nie wiedzą, iż liczba cytowań i przyznawanych punktów może fałszować miarodajność oceny naukowej efektywności („produktywności”), a tym bardziej wypaczać ocenę merytorycznego znaczenia poszukiwań i ich publikacji. Tymczasem liczba cytowań, ale i sama możliwość publikacji zależy m.in. od liczebności autorów i czytelników zarazem w danej dyscyplinie. Toteż w dyscyplinach uprawianych w dość wąskim kręgu (tak jest m.in. w filozofii, teorii polityki, metodologii uprawianej profesjonalnie na wysokim poziomie ogólności – w odróżnieniu od metodologicznych detali w kwestiach wskaźników, eksperymentów itd.) statystyczny ślad obecności i nawiązań z natury musi być inny niż w dyscyplinach uprawianych masowo. Ale właśnie ten czynnik dodatkowo fałszuje wizerunek „wkładu w naukę”, gdyż o wiele łatwiej jest być cytowanym z niezbyt odkrywczego i oryginalnego (choć może nawet bardzo solidnego) tekstu w artykułach porównywalnie standardowych niż z książki lub artykułu o walorach heurystycznych czy „prowokacyjnych”. Czasy się zmieniły: dziś coraz rzadziej wydarzeniem naukowym staje się książka inna niż poprzednie, bulwersująca czy to przełomowością, czy podważeniem uznanych oczywistości bądź artykuł otwierający nowe pole, nowy kierunek badań. Nie dlatego, żeby nie powstawały, a nawet ukazywały się, teksty o podobnych walorach, lecz dlatego, że taśmociąg obrotu „produkcją naukową” nie daje na to czasu, a próba jego zatrzymania (gdy wciąż przewija nowe i jeszcze nowsze wrzutki) przez podjęcie merytorycznej dyskusji jest skazana na niepowodzenie, skoro nie za to przyznaje się punkty.

* W tym kontekście widać, jak fałszywym lekarstwem jest „punktoza” na nieprzezwyciężone dotąd choroby nauk społecznych i humanistycznych: uwiąd dyskusji, sporów, polemik, zanik recenzji (poza tymi niezbędnymi w procedurach). Podjęcie takich wysiłków dziś jeszcze mniej się opłaca niż przedtem.

* W bibliometrycznej standaryzacji oceny „produktywności naukowej” zakłada się też, że jednakowy jest czas niezbędny do realizacji badania i zwieńczenia go dziełem, a porównywalne jest tempo dokumentowania rezultatów – dla prac o charakterze opisowym, obliczeniowym, diagnostycznym, analitycznym (skupionych na zjawiskach bieżących) i dla refleksyjno-abstrakcyjnych form twórczości naukowej. Wytworzono taką atmosferę i w praktyce taki mechanizm wymuszający pośpiech albo wykluczenie, w którym filozof czy teoretyk piszący przez wiele lat książkę i co najwyżej opowiadający o niej na niepunktowanych przecież wykładach uchodzi za nieudacznika i pasożyta. Gorzej: on obciąża, ciągnie w dół swoje środowisko, jest szkodnikiem. Lepiej by już sprzedawał po drodze kawałki niż silił się na jakąś syntezę. Jednocześnie jednak – to pokrętna logika tej samej reformy – jego prawa autorskie i pochodne wydawnicze nakazuje mu się przekazywać za darmo i z tegoż paragrafu się go ściga: jeśli po drodze, w procesie powstawania książki najpierw opublikuje artykuł, a potem ośmiela się go włączyć do własnej książki, to dowiaduje się, iż jest oszustem, popełnia autoplagiat. Czyli wymusza się na nim, aby wydalał z siebie „kawałki”, mogą być nawet od Sasa do Lasa, natomiast zniechęca do syntezy.

Fetyszyzację wskaźników cytowalności i kryteriów umiejscowienia publikacji (ważne jest nie tyle, co, ile gdzie, a prestiżowe miejsce ma jakoby być gwarancją walorów merytorycznych) sprzężono w polskich reformach nauki ze stereotypowym, zaściankowo-snobistycznym rozumieniem „umiędzynarodowienia”.


Umiędzynarodowienie w kształcie realnym i w oczach snoba

Postulat i wręcz nakaz umiędzynarodowienia nauki tylko na pozór jest bezdyskusyjną oczywistością, w rzeczywistości natomiast pod tym hasłem (pretekstem?), że trzeba wyjść w świat, być w świecie, czerpać wiedzę i mądrość z obiegu światowego – przemycana bywa nader prostacka wizja nauk humanistycznych i społecznych uprawianych przez Polaków jako po prostu podzespołu „światowej nauki”, który musi z nią być kompatybilny, czytaj: który ma być retransmisją wielce światowych dokonań. Kto się temu nie poddaje, ten ma być reliktem, uosobieniem peryferyjności – ot, taki typowy szantaż. I oczywiście: jeśli ktoś siebie nie wyeksportował, to nie tylko go nie ma, ale też to, co robi tylko w swoim ogródku jest nic nie warte.


Ideę i zadanie umiędzynarodowienia wciska się przy tym w dezinterpretację uniwersalności nauki oraz kryteriów peryferyjności (w „wielce uczonej” formie znajdziemy jej wykład w książce Zaryckiego i Warczoka). Przemilcza się tu fakt, iż uniwersalność w naukach ścisłych, technicznych i przyrodniczych to zupełnie inna jakość niż uniwersalność i „umiędzynarodowienie” w naukach społecznych i humanistycznych, gdzie współwyznacznikiem i swoistym filtrem uniwersalności jest kontekst kulturowy. Matematycy, fizycy, biolodzy rzeczywiście mówią w wielkim stopniu wspólnym językiem. Translacja lub jeszcze lepiej, czynna znajomość języka obiegu międzynarodowego jest tu tylko szczegółem technicznym, narzędziem, nad którym się nie medytuje – podobnie jak kierowca nie rozmyśla nad zmianą biegu w samochodzie. Zgoła inaczej jest w humanistyce, a nawet w naukach społecznych rozumianych w duchu rozporządzenia Kudryckiej.


Może pomoże w zrozumieniu tego pewna analogia. Uniwersalny jest język muzyki (podobnie jak zasady gry w szachy); na czym innym jednak już polega uniwersalność literatury. Ta zawsze ma rodowód, kontekst i koloryt narodowy i cywilizacyjny (wpływ i piętno określonego kręgu kulturowego). Literatura z genezy i charakteru narodowa może stać się uniwersalna ze względu na ogólnoludzki walor treści, choć pod warunkiem przekładu i upowszechnienia. To dlatego poeci i prozaicy tworzący w języku narodowym mogą zostać laureatami Nobla – i często dopiero po tej nagrodzie docierają do szerszego kręgu odbiorców. Boska komedia Dantego, Wojna i pokój Tołstoja, Chłopi Reymonta, Szwejkowska epopeja Haszka, Dzieje Tewji mleczarza Szolem Alejchema nie dlatego stały się uniwersalne, że od razu powstały w języku angielskim czy w innej lingua franca swej epoki, lecz dlatego, że urzekły świat tym, jak to, co kulturowo specyficzne może być zrozumiale i cenne dla wszystkich. A przekład na szczęście nie „zestandaryzował” ich niepowtarzalności.


Tymczasem reformatorzy lub uczeni fetyszyzujący internacjonalizację nauki rozumują tak, jak gdyby pierwotność języka (z całym jego bagażem) ojczystego, a wtórność angielskiego (jako języka udostępnienia, nie jako punktu wyjścia) była jakimś balastem, przeżytkiem lub tak, jak gdyby możliwa była – bez żadnej szkody – adaptacja tego, co powstaje po polsku do schematów (mentalnych, terminologicznych, pojęciowych) dominujących w obiegu anglosaskim, bezrefleksyjnie utożsamionym z tym, co uniwersalne.


Samo w sobie pojęcie umiędzynarodowienia jest wygodnie – dla polityków i biurokratów – wieloznaczne.


Nie jest tym samym: uniwersalny (powszechny, ogólnoludzki, ponadczasowy itd.) charakter pewnych idei i ich znaczenie dla otoczenia międzynarodowego; globalny zasięg pewnych inspiracji wzorów; globalny (w każdym razie – ponadlokalny, co najmniej regionalny) zasięg w upowszechnianiu rezultatów badawczych, propagowaniu nowych kierunków, trendów, innowacji metodologicznych.


W dyskusjach środowiska naukowego i w urzędowych uzasadnieniach przemilcza się ten „drobny” niuans, iż możliwe są 2 modele „umiędzynarodowienia”: (1) Jednostronny, hegemoniczno-dominacyjny – z wasalnym i naśladowczym statusem tych, którzy się włączają, z pozycji klientów, petentów, kandydatów pokornych; (2) równoprawny, oparty na równowadze między inspiracją uniwersalną a lokalną tożsamością i oryginalnością, między byciem i Tu, i Tam, oraz – wprost trudno sobie to wyobrazić – na zasadzie wzajemności.


Wiadomo, co u nas przeważa w praktyce. Najprostsze przykłady: To my w Polsce zabiegamy o możliwość (i miłosierne warunki finansowe) przekładu pozycji z kręgu polityczno-kulturowych hegemonów; nic o tym nie wiadomo, żeby z porównywalnym respektem i pragnieniem zwracano się do nas o możliwość (zaszczyt?) przetłumaczenia co ciekawszych lub zgoła intrygujących polskich książek naukowych. O to, by nas tłumaczono i wydawano, musimy bardzo, baaardzo zabiegać, prosić. Polski snob wytłumaczy sobie, rzecz jasna, że tak być musi, bo cenne, nowatorskie, wzorcowe itd. może być tylko to, co pochodzi stamtąd, a to, co nasze, nie ma wzięcia, bo po prostu jest kiepskie. Podobnie jest z procedurami recenzowania, oceniania, selekcjonowania publikacji w wydawnictwach i czasopismach naukowych: „bezpiecznikiem” dla polskiej redakcji jest – to reguła - recenzja cudzoziemca, najlepiej Anglosasa; uczeni polscy proszeni są o takie wsparcie (lecz nie w charakterze kontrolera-gwaranta) nie hurtowo, lecz w indywidualnych przypadkach. To właśnie wskaźniki wasalności.


Przewaga w zasobach finansowych i w „zasięgu rażenia” partnerów zachodnich utożsamiana jest jednak z ich wyższością merytoryczną, z naszym – jakoby oczywistym w każdej dziedzinie – zapóźnieniem lub zaściankowością.


Model równoprawny, partnerski „umiędzynarodowienia” miewa miejsce w międzynarodowych stowarzyszeniach naukowych (choć i tam – ze względu na liczebność i finansową przewagę nad słabszymi partnerami i nad pozostałą „drobnicą” – często mamy hegemona), w niektórych międzynarodowych projektach i zespołach badawczych uruchomionych na podstawie wielostronnego porozumienia, a nie protekcjonalnego i łaskawego dopuszczenia, w rzeczywiście międzynarodowych (na zasadzie wspólnej, partnerskiej redakcji i „koprodukcji”) publikacjach książkowych, w mechanizmach obustronnej wymiany opartej na zasadzie wzajemności (ruch wykładowców lub badaczy występujących gościnnie w obie strony; my was wydajemy w tłumaczeniu, wy nas w rewanżu – odpowiednio). Nie muszę chyba jednak zaznaczać, iż nie to dominuje.


Już inaczej jest z wydawnictwami książkowymi i czasopismami. Międzynarodowy zasięg takich wydawców (język publikacji - lingua franca, sieć dystrybucji, promocja i echa zapewnione niejako z automatu) mylnie (Naiwnie? Obłudnie?) utożsamiany jest z czymś zupełnie innym: z wielostronnym partnerskim układem. Na tej płaszczyźnie (kto finansuje, kto selekcjonuje) amerykański lub brytyjski wydawca jest amerykański, brytyjski itp., a międzynarodowy o tyle, że dociera – jeśli mu na tym zależy – do wszystkich zakątków świata (bibliotek, baz danych, sieci księgarskich). Chyba nikt przytomny nie nabiera się na międzynarodowy skład (z klucza, z rozdzielnika, ale i według osobistych znajomości) owych pełnych splendoru rad programowych, komitetów redakcyjnych itp. Swoją drogą, w odpowiedzi na ministerialny nacisk liczne polskie czasopisma tak się „umiędzynarodowiają”, że przyozdobione są wydatnym udziałem zagranicznych nazwisk w składzie rad programowych, redakcyjnych oraz przestrzeganiem formalnych wymogów, by 1/3 lub ¼ tekstów była pochodzenia zagranicznego, choćby nawet była to sztuczna wklejka tematycznie luźno związana z problematyką numeru. Wszyscy to wiedzą – i wszyscy udają, że po spełnieniu kilku takich formalnych wymagań czasopismo nagle przekształca się w „międzynarodowe”. Wszyscy też wiedzą, że faktycznego stanu rzeczy nie zmieni z dnia na dzień wydanie jednego numeru rocznie w języku angielskim, ani nawet przejście w ogóle na język angielski. Czy jednak to znaczy, że w takim razie trzeba sobie odpuścić i wyłącznie antyszambrować w wydawnictwach, redakcjach za górami, za lasami?


W mentalności snoba z kompleksem peryferyjności (peryferyjność rozumie on geograficznie, jak niegdyś w społeczeństwie stanowym rozumiano złe pochodzenie) umiędzynarodowienie polega po prostu na tym, że on sam zostaje dopuszczony do obiegu w „wielkim świecie”. To wprawdzie niekoniecznie znaczy, iż koledzy-hegemoni uznają, że to „jeden z nas”, że przestają go protekcjonalnie traktować jako gościa, albo i petenta-natręta. On sam jednak czuje się dumnym światowcem, jeśli wskoczy – jak z boku w biegu na karuzelę – w tę cyrkulację globalną i pomacha z daleka kolegom-localsom, których konferencje, prace zbiorowe i krajowe projekty może odtąd z lekceważeniem pomijać, ale też komentować z poczuciem wyższości… bez zapoznania się z nimi.


„Umiędzynarodowiony” snob jest nadgorliwcem, który w obiegu anglosaskim jak najszybciej chce poczuć się Anglosasem, zasłużyć - swoim oczyszczeniem z „prowincjonalnego” nalotu w postaci aparatu kategorialnego i zaplecza erudycyjnego wywodzącego się z rodzimej tradycji – na to, by w tym lepszym kręgu tak go właśnie postrzegano i traktowano.


Jego świadomości absolutnie niedostępna jest wiedza i refleksja, że same w sobie kompetencje językowe (czynna znajomość języków obcych) - aczkolwiek bez wątpienia ważne i użyteczne, a dziś stają się rzeczywiście konieczne i coraz bardziej powszechne - nie są tożsame z kompetencjami naukowymi. Nie zastanawia się nad tym, że język publikacji naukowych oraz normatywnych regulacji standardów naukowości jest też filtrem poznawczym i narzędziem dominacji symbolicznej, a nie tylko medium komunikacyjnym. Dominacja określonego języka (z jego terminologią, konotacjami) nie jest tendencją neutralną ideologicznie i politycznie. Może też być i często jest zarazem narzędziem indoktrynacji w określonym duchu, jak i politycznego wykluczenia w obiegu nauki. Wiadomo to już od dawna, m.in. z dyskusji na temat spuścizny kolonializmu, „imperializmu kulturowego” itd.


Może tak być nawet bez specjalnej politycznej intencji. Oto przykład: zakorzenione w naszej tradycji filozoficznej i w spuściźnie nauk humanistycznych i społecznych, m.in. prawnych, pedagogicznych i właśnie politycznych, pojęcie podmiotowości (ma jeszcze sojusznika w niemieckiej tradycji filozoficznej) nie przebije się przez filtr anglosaskiej terminologii i składni. Żaden z angielskich odpowiedników tego słowa nie jest jego ekwiwalentem. Co w takim razie robi autor polski, który pragnie „załapać się” na publikację anglojęzyczną na temat właśnie podmiotowości w prestiżowym, wysoko punktowanym czasopiśmie? Gimnastykuje się – sam lub z pomocą tłumacza – nad takim zamiennikiem, który – choć gubi całą złożoność i subtelność tego pojęcia – pozwala jakoś „zmieścić się” w terminologicznym i pojęciowym kanonie z kręgu wydawcy-łaskawcy. Jest do tego zmuszony dla tych punktów, których wymaga Pan(i) Dziekan. Wszak polskie idiomy terminologiczne nie mogą liczyć na taki respekt i wysiłek interpretacyjny, jak np. starogreckie lub starołacińskie.


Podobne „zguby” – jako rezultat bynajmniej nie uboczny jednostronnej internacjonalizacji - następują w bazie źródłowej. Powstaje błędne koło wyobcowania, by nie rzec – wynarodowienia – pisarstwa naukowego Polaków (podobnie – Czechów, Słowaków, Rumunów). Mianowicie: anglojęzyczne redakcje wcale nie są zainteresowane przytaczaniem w tekstach (komentarzach, analizach), w przypisach i bibliografiach publikacji polskojęzycznych. Przyjęcie ich „z dobrodziejstwem inwentarza” jest raczej wyjątkiem, rodzajem łaski, argumentem zaś za zanglicyzowaniem kręgu źródeł (czyli pomijaniem, minimalizowaniem obecności polskich) jest oczywiście fakt ich niedostępności/nierozumiałości dla anglosaskich czytelników, co skutkuje oczywiście brakiem zainteresowania dla takich tekstów. Skutek? Autorzy polscy aspirujący do takiej punktowanej „wielkoświatowej” publikacji nie tylko dostosowują się w danym tekście do tych preferencji, ale z czasem zaczynają w ogóle lekceważyć te „niecytowalne” publikacje, za to starają się za wszelką cenę nawiązywać do tego, co jest stamtąd. W ten oto sposób polski uczony „umiędzynarodowił się” pod warunkiem odcięcia się od swojej „wiochy”, a na zasadzie podczepienia do zagranicznego wagonu i przedłużenia promocji obcej twórczości na własny kraj, bez symetrycznego zrównoważenia (by „u nich” propagować „nas”).

Mechanizm taki zilustruję pewną analogią – zapewne nietaktowną, poza tym, że względną. Porównajmy to ze sferą showbiznesu, która z natury mogłaby się wydawać potencjalnie kosmopolityczna. Swego czasu Andrzej Rosiewicz brylował na estradach polskich stepowaniem, śpiewaniem Deszczowej Piosenki w języku angielskim oczywiście, stylizacją niektórych swoich kompozycji na country, rewiowym przepychem swoich „zgrywnych” występów itd. Był bardzo zdziwiony i zaskoczony niepowodzeniem swojego tournée po USA, kiedy to okazało się, iż tam nikogo nie ciekawiło, ani nikomu nie imponowało, jak bardzo jest „amerykański”. Jak to się mówi, nie przywozi się drzewa do lasu. Nie był też w stanie przebić się – poza występami dla Polonii - z tymi swoimi filuternymi piosenkami, które robiły furorę w Polsce. Dlaczego? Nie tylko dlatego, że nie były przetłumaczone na j. angielski, ale bardziej dlatego, że były nieprzetłumaczalne.

Snob „umiędzynarodowiony” zwykle nie rozumie, że kopia czy podróbka nie jest przepustką do przebicia się w świecie, z którego pochodzi oryginał, że również komentowanie z wielkim znawstwem idei i dokonań wyłącznie autorów z zewnątrz nie zapewnia na zewnątrz żadnego kapitału wejściowego; natomiast atutem jest oryginalność – o ile... nasze rakiety są dalekiego zasięgu. Nie przypadkiem więc mogą się wydać „ponadnarodowi” Umberto Eco, Pierre Bourdieu czy Zygmunt Bauman, choć tylko ktoś nierozgarnięty może nie zrozumieć, jakie znaczenie dla ich międzynarodowej kariery miało wyrastanie z rodzimej tradycji intelektualnej.

„Umiędzynarodowiony” snob w nauce wmawia sobie, iż jeśli wdrapał się na Olimp powtarzalnych publikacji za granicą, to jest teraz po prostu światowy, a to, co rodzime w jego specjalności naukowej, jest tylko albo dopełnieniem (pod warunkiem, że mieści się w trendach, w globalnym mainstreamie), albo ciekawostką folklorystyczno-krajoznawczą, albo stratą czasu, jakimś balastem. I taki „światowiec” (choć jest stąd, i to nadal go określa) traktuje rodakow-miejscowych jak cudzoziemiec z lepszej części świata tubylców.


Niektórym snobom-światowcom nie wystarcza jednak samowyłączenie i odwrócenie się plecami do rodzimej nauki, ale zaczynają się czuć ambasadorami czy wręcz karbowymi tego „wielkiego świata” w swej ojczyźnie, z poczuciem posłannictwa (oczyścić polską naukę z tego lokalnego skansenu). Jeden z takich „misjonarzy” – kol. dr hab. Maciej Górecki – prowadzi taką krucjatę pod hasłem „przegonić naukę równoległą”.

Fałszywa etykietka „nauki równoległej”

W podtekście, w tle jest oczywiście dyskwalifikujący zarzut zaściankowości, jałowej i anachronicznej autarkii. Chodzi tu o uczonych jakoby nie wychylających nosa poza polskie podwórko, epigonów i kustoszy rodzimego muzeum dawno już zdezaktualizowanych dokonań itp.


Epitet nauka „równoległa” jest zręcznym, bo sugestywnym chwytem erystycznym. Równoległy – to znaczy bez styczności. Nasuwa się taka metafora: po torze dla szybkiego ruchu pędzi najnowocześniejszy pociąg, dojeżdżający błyskawicznie do kolejnych, nawet najdalszych stacji. Zaś obok tego toru po jakiejś zaniedbanej dróżce jeździ sobie w swoim tempie, może nawet po zatoczeniu kółka powracając w to samo miejsce przy torze, trzymając się swojej bliskiej okolicy, jakiś rowerzysta, dumny z tego, że daje radę objeżdżać tę swojską okolicę.


Tak chce to widzieć i przedstawiać innym ten, kto myli otwarcie na świat, na nowe prądy z postawą podglądacza, papuziego naśladowcy lub komentatora wyłącznie tego, co zewnętrzne. Jakby nie rozumiał, że równowaga między importem a eksportem w nauce (jeśli nie przewaga eksportu) jest równie pożądana jak w gospodarce, że nauka w kraju, która ma świecić tylko światłem odbitym, nie ma racji bytu. Po co nam polscy badacze i wykładowcy, skoro mogą ich lepiej zastąpić przyjezdni z lepszej części świata. Ale po co mieliby przyjeżdżać? Zamknąć te polskie, bo prowincjonalne, uniwersytety, niech co zdolniejsi wyjeżdżają poza granice, do krynicy wiedzy. Jak kiedyś wyjeżdżano do wód leczniczych.

*

Paradoksalnie, ten snobistyczny kosmopolityzm uzbrojony w bibliometryczną pompkę do balonu znakomicie współgra z politycznym zamówieniem ze strony tendencji autorytarno-populistycznych o… ksenofobicznym i nacjonalistycznym zabarwieniu. „Wielkoświatowe” kompleksy i przebieranie nogami, by – szarpiąc nogawki – pogonić niektórych „localsów” doskonale nadają się na taran do pokoleniowych i ideologicznych czystek. Snob jest świetnym kandydatem na hunwejbina epoki globalizacji.

0 wyświetlenia
  • Facebook Clean Grey
  • Twitter Clean Grey
  • LinkedIn Clean Grey

© 2023 by Scientist Personal. Proudly created with Wix.com