Mirosław Karwat "Kreatury"

Kreatury *


Powiadają, że w miarę starzenia się człowiekowi pogarsza się i wzrok, i słuch, i refleks, i zdolność uczenia się. Oczywiście sporo w tym prawdy. Nauka języków obcych, a podobnie nauka jazdy lepiej nam idzie, gdy jesteśmy młodsi, a przy tym potrzebujemy tego praktycznie – niż na emeryturze, grubo po fakcie albo na zasadzie hobby. Aparaciki przy uszach też – statystycznie rzecz biorąc – to wyróżnik staruszków. I to oni zwykle nie wstydzą się ich nosić i używać – w odróżnieniu od przedwcześnie ogłuchłych słuchaczy techno czy zawodowych perkusistów w kwiecie wieku. Ale z tym wzrokiem to już sprawa jest bardziej skomplikowana. Wiadomo np., że na stare lata – przynajmniej przez jakiś czas – krótkowidzom poprawia się zasięg wzroku, a w jakimś stopniu nawet ostrość widzenia. Jakby ktoś – jak w pilocie do sprzętu video – podregulował im kontrast, ostrość, rozdzielczość, ogniskową w dystansie.

Nie bez powodu jako człek starzejący się rozpocząłem od tej ni to przechwałki, ni to pociechy (w stylu: zęby już nie te, ale smakosz ze mnie doświadczony i wciąż rozwojowy). Zauważyłem bowiem, że z wiekiem (dopóki nie nastąpi starcza demencja) poprawia się „ostrość widzenia” nie tylko w tym fizycznym, optycznym sensie. Mianowicie: wyraźniej dostrzegamy to, co przedtem – nieraz przez lata całe – umykało naszej uwadze. Zanim na starość zdziecinniejemy, a przynajmniej zamienimy się w zgrzybiałych nudziarzy (kiedy skłonność do ględzenia jest odwrotnie proporcjonalna do bystrości umysłu i treściwości gadki), czynimy użytek z życiowego doświadczenia. Między innymi taki, że znamy się na ludziach. I szybko poznajemy się na tych, których dotąd nie znaliśmy albo znaliśmy powierzchownie. Albo znaliśmy bez powodów do zastanowienia nad cechami ich charakteru, postawą moralną, uzdolnieniami, różnicą między tym, co dali z siebie a tym, co otrzymali albo sami zagarnęli.

Przechodzę do rzeczy. Im jestem starszy, tym więcej widzę – z daleka, na ekranach, ale i całkiem z bliska – KREATUR.

Tym dźwięcznym epitetem zapożyczonym z łaciny określani są osobnicy, którzy budzą w nas więcej niż niesmak, bo odrazę i przerażenie cechami charakteru, sposobem postępowania, bardzo szczególnym typem „przebojowości”. Dźwięczność samego słowa ma tu dodatkowe znaczenie; podobnie jak w wulgaryzmach-seksualizmach głoska R uwydatnia negatywne emocje, jakich doznajemy w zetknięciu z kimś, kogo zaszczycamy „ernym” mianem.

W „Słowniku wyrazów obcych” Kopalińskiego jako synonimy słowa KREATURA wskazuje się takie oto miana: nikczemnik, nędznik (nie mylić z nędzarzem – tu chodzi o nędzę umysłowości i moralne upośledzenie), podlec. Ale uwaga! – zaraz obok podane jest – w dodatkowym kontekście – „poboczne” znaczenie tegoż słowa: zausznik, poplecznik, pomagier, kumoter, protegowany. I jakby „dla porządku”, by przypomnieć rodowód samego wyrazu, wymienia autor inny synonim: istota.

Więc od końca zacznijmy, od tego niewinnego sensu słowa. „Creatura” to łacińskie określenie STWORZENIA , odnoszone do istot żywych – zwierząt i człowieka. Jeszcze i dziś posługujemy się słowem STWORZENIE – ale właśnie tym polskim, nie łacińskim. STWORZENIE to określenie co najmniej neutralne, a jeszcze częściej życzliwe, wyrażające sympatię lub opiekuńczą troskę (jak u obrońców praw zwierząt). STWORZENIE zwykle wydaje nam się niewinne niczemu (włącznie z tym, co jest okrutnym prawem przyrody, a nie wyborem moralnym zwierzęcia) i poczciwe.

Mamy też i światopoglądowe zawężenie słowa. STWORZENIE – w domyśle : boże, jeden z egzemplarzy „boskiego dzieła stworzenia”. Tu kłania się KREACJONIZM – jako pogląd, że wszystko, co istnieje w przyrodzie – rośliny i zwierzęta – powstało w tym sensie, że zostało do życia powołane przez Stwórcę. Wielu ludzi sprzeciwiających się okrucieństwu wobec zwierząt, myślistwu jako rodzajowi „sportu i rozrywki” kieruje się nie tyle nawet własną wrażliwością na ich cierpienie, odruchem empatii, ile swoiście rozumianą „świętością życia”, które odbierać ma prawo jedynie Stwórca.

Kiedy jednak zastępujemy słowo STWORZENIE słowem BESTIA, to znika ten nieuprzedzony stosunek do zwierzęcia lub (na zasadzie metafory) człowieka. BESTIA to nie dość, że drapieżnik (mięsożerny, niestety), ale osobnik i w ogóle gatunek BESTIALSKI. Czyli okrutny, bo wredny i dziki. Uosobienie sadysty.

Jednak epitet BESTIA zakłada, że chodzi o istotę prymitywną, sprawną w kąsaniu i rozszarpaniu, ale nie w myśleniu wymagającym kreatywności, inwencji (pomysłowości), przebiegłości, chytrości.

Inaczej jest z KREATURĄ (w tym pierwszym, pejoratywnym skojarzeniu).

Przede wszystkim – nie nazwiemy kreaturą kota (nawet kota-dziwaka albo „wrednego”) ani psa, który nie wiadomo dlaczego ugryzł rękę, która go karmi. Nie nazwiemy też kreaturą żmii, kiedy ukąsi „złośliwie”. Przypisywanie jej złośliwości, w kategoriach „taką ma naturę” – jak w znanej przypowieści o przeprawie przez rzekę - to typowa „antropomorfizacja”, czyli przenoszenie cech ludzkich na zwierzęta lub przedmioty. KREATURA to słowo zastrzeżone dla gatunku ludzkiego, jako „władcy świata”, ale z myślą o bardzo szczególnych osobnikach tego gatunku.

Tu podkreślamy trywialność, przyziemność potrzeb i dążeń, niskie pobudki postępowania (chciwość, zachłanność; małostkowość; mściwość; służalczość wobec mocodawców; za to bezwzględność wobec tych, którzy w czymś przeszkadzają albo nawet są tylko „zbędni”, wobec każdego, kto jest od nas zależny i komu przez to można dopiec). Bardzo obrazowo przedstawił taki typ Henryk Mann w swej powieści PODDANY.

Atrybutem kreatury jest też wściekła agresja wobec każdego, kto aspiruje lub pretenduje do czegoś, co chce uzyskać taki osobnik. I wobec każdego, kto już zajmuje godne miejsce – w roli autorytetu, nauczyciela, przodownika w danej dziedzinie, weterana, nestora, depozytariusza tradycji (artystycznej, akademickiej, prawniczej). Otóż sam fakt istnienia jakiejkolwiek konkurencji, jakiejkolwiek konieczności porównywania i poddawania się ocenie jest obrazą dla jego poczucia godności, źródłem frustracji odreagowanej pragnieniem podgryzania i opluwania potencjalnie każdego. Jest, co prawda, jeden wyjątek: kreatury umieją – zespolone chyba wspólnotą swojego zapachu? – zrzeszać się, „uspołeczniać”. W formie kliki, koterii, sitwy, sekty.

W rozwiniętej diagnozie psychologiczno-etycznej kładziemy jeszcze nacisk na to, co najbardziej szokuje „normalnego człowieka” – na bezceremonialne naruszanie świętej we współżyciu ludzi zasady wzajemności.

Kreatura to ktoś, kto okazaną mu życzliwość, przychylność uznaje za oczywistą należność, która jednak nie rodzi z jego strony zobowiązania, by odpłacać za to co najmniej szacunkiem. Oddaną mu przysługę „inkasuje” jako okazję, nie poczuwa się do rewanżu, a przynajmniej do lojalności wobec tego, kto go wspomógł, gdy sam potrzebuje wsparcia albo ochrony. A nawet wręcz przeciwnie: bierze, co dają, gdy dają, a potem tym, co mu dali, odbierze jeszcze więcej albo zniszczy, jeśli jemu to jest niepotrzebne. Zgodnie ze schematem: podaj mu palec, to odgryzie ci całą rękę. Ustępstwo w sporze uznaje po prostu za słabość (świat i przyszłość należy do twardzieli, bez sentymentów). Partnera nastawionego polubownie, ugodowo ma za frajera (naiwniaka), którego trzeba nie tylko oszukać, ograć, ale i rozdeptać, rozjechać w poczuciu własnej wyższości.

Dobroczyńcę albo wręcz wybawcę (który wyciągnął go z kłopotów, objął swoją ochroną albo za niego poręczył) nie tylko ma za nic (nie istnieje dla niego coś, co nazywa się wdzięcznością) i gardzi nim – szczerze brzydząc się postawą troski o innych, ale z czasem (gdy, niestety, pamięć dopisuje) zaczyna nienawidzić i zwalczać. Dlaczego? To proste. Był przecież świadkiem mojej marności, mojego wstydu, mojej słabości. Taki świadek musi zniknąć z moich oczu, aby zniknął z mojej pamięci. A jeśli to niemożliwe, to muszę go zgnoić – na zasadzie wyrównania. Teraz niech on poczuje się słabiutki, podeptany, upokorzony, a ja – gnojąc go - mocarny. Przez takie odwrócenie ról uspokajam swoje własne zakłopotanie, dowodzę w ten sposób, że moja niegdysiejsza wpadka albo mizeria wymagająca ratunku ze strony innych była zupełnym przypadkiem albo nieporozumieniem. Aż w końcu ulegnie zatarciu, jak kara sądowa w zawieszeniu.

Ten mechanizm kompensacji właściwy jest wielu „zwykłym” ludziom, ale najgroźniejszy i najobrzydliwszy jest w wydaniu LUDZI WŁADZY, zwłaszcza dyktatorów i dyktatorków, wodzusiów. Ale zaraz po nich przyozdabia – w największej skali – legion pomniejszych karierowiczów, na zawsze skazanych na wiszenie u klamki, tyle, że zawsze gotowych do zmiany protektora i zgnojenia wcześniejszych patronów.

Można by pomyśleć, że w takim razie kreatura jest po prostu jakąś odmianą prymitywa – chama. Ale to byłby błędny znak równości. Z podanego portretu wynika, że w odróżnieniu od chama, którego psychika jest nieskomplikowana, który kieruje się prostymi odruchami i atawizmami, któremu instynkt wystarcza zamiast samoświadomości – kreatura obdarzona jest pewnym stopniem inteligencji, umiejętności uczenia się, przystosowania nie na zasadzie siły, ale na zasadzie mimikry, kamuflażu tudzież śmiałej zmiany emploi lub sztandaru.

Kreatura obdarzona jest – specyficzną, co prawda – ciekawością świata, nowych wyzwań. Taki gość jest prawie jak „kobieta pracująca” z Czterdziestolatka: żadnej pracy się nie boi. Z tą poprawką, że nie boi się żadnego stanowiska, żadnego zadania ni awansu, który go przerasta, do którego brak mu predyspozycji, doświadczenia, kwalifikacji. Ten brak zupełnie nie ma znaczenia – wobec braku zahamowań. Kreatura to ślizga się jak wąż, to znów prze naprzód jak czołg lub walec, rozjeżdżając wszystko, co stanie mu na drodze. Celne jest zatem porzekadło „są ludzie zdolni i ludzie zdolni do wszystkiego”. Do wszystkiego poza tym, co naprawdę jest potrzebne na danym stanowisku, w danym zadaniu.

Inteligencja kreatury ma charakter dość perwersyjny, podobnie jak jego samoocena i samopoczucie. Można by się nabrać na wrażenie, że to mieszanka cwaniactwa i wredności obsługująca egoizm i samouwielbienie. Erich Fromm podpowie nam jednak, że egoista (zwłaszcza ten agresywny, dowartościowujący się niszczeniem innych) dlatego tak nie lubi innych ludzi, ponieważ… nie kocha samego siebie. Tak jest! W podświadomości przeżywa koszmar, gnębią go kompleksy, mści się na innych ludziach za to, że sam nie ma lub nie potrafi tego, co im sprawia satysfakcję i daje powód do dumy. Nienawidzi i nęka ich za to, że działają, kierują czymś, nauczają, świecą przykładem w dziedzinie i w roli, która według funkcjonalnych reguł gry i kryteriów oceny dla nich jest nieosiągalna lub może im przeznaczyć tylko miejsce poślednie. W rezultacie świat uczuć kreatury to szczególna odmiana sadomaso. Sadysta, a w każdym razie złośliwiec, intrygant, zdrajca wobec innych… samym sobą poniewiera mając świadomość, że tylko w tej sztuce jest naprawdę dobry, jest tu artystą, wirtuozem.

Dlaczego jednak właśnie określenie KREATURA przylgnęło do ludzi, których namiętnością jest zatruwanie i zrywanie więzi społecznych, funkcjonowanie w roli pasożyta i szkodnika? Wszak chodzi o sobków, którzy jednak potrzebują innych, ale wyłącznie po to, by im obrzydzić pracę, własne talenty, przekreślić osobiste szczęście.

Wbrew pozorom, ma to związek z pierwotnym sensem słowa (stworzenie). Otóż tacy ludzie są poniekąd tworeminnych, stworzeniem – bynajmniej nie „bożym”. W dwojakim znaczeniu.

Po pierwsze, kreują i „aktywują” ich ludzie, którzy ich wypromowali. Nauczyciele, wychowawcy (sprawcy monstrualnych błędów wychowawczych), promotorzy prac dyplomowych; jurorzy konkursów; rozdawcy nagród i wyróżnień przyznawanych „z klucza” lub po znajomości, w ramach łańcucha przysług; krótkowzroczni zwierzchnicy preferujący lizusów, donosicieli i osobników bezwarunkowo dyspozycyjnych, którzy – gdy już wyczyszczą pole dla chlebodawcy – dostrzegają w porę, że ten mocodawca tez jest zbędny, a unieważnia się go równie łatwo jak ofiary jego zleceń dla totumfackiego.

W tej sferze często panuje błędne koło. Miernoty na stanowiskach, wysoko protegowani sami wybierają do obsługi swych karier i swojej władzy ludzi najgorszego sortu, którzy w tej brudnej grze okazują się… lepsi od nich. Niekoniecznie wybierają naiwnie (licząc na wdzięczność, lojalność czy nawet wieczystą zależność), ale nie doceniają potencjału, jaki sami „doładowali” i swoimi wpływami, i swoim przykładem (bo kreatura zostaje mistrzem ucząc się na świństwach, kombinacjach, przekrętach swego zwierzchnika czy patrona; a przy okazji zbierając haki na patrona).

Po drugie jednak, podłożem regularnej reprodukcji kreatur w kolejnych pokoleniach i wcieleniach są nie tylko postawy konkretnych osób – dygnitarzy, prominentów, sponsorów, celebrytów czy też rozmaitych „załatwiaczy” i kombinatorów, którzy szukają i znajdują sojuszników na takiej zasadzie, jak Kunik znalazł Dyzmę. I nie tylko, nawet niekoniecznie, predyspozycje charakterologiczne niektórych osób. Porzućmy tu potoczną pseudopsychologię w stylu „są tacy ludzie – wredni z natury”. Kreatorem kreatur może być określony mechanizm zarządzania, funkcjonowania biurokracji, korporacyjna kultura „wyścigu szczurów” sprzężona z wzorcami dworskimi (łaska – niełaska; „dojście” do tronu, do ucha; dobrze wynagrodzona pokazówka).

Jak z puszki Pandory wydostają się i rozchodzą się na otoczenie całe rzesze kreatur za sprawą rozmaitych Wielkich Reform i rewolucyjnych inżynierii opartych na „starcie od zera”. W praktyce taki start od zera (wszystko, co przedtem, przekreślamy, odsyłamy do lamusa) bywa urzeczywistniany – pod hasłem Nowe Społeczeństwo, Nowi Ludzie – startem od zer, czyli ludzi, których zadaniem jest wyzerowanie poprzedników i potwierdzanie gorliwości w coraz to nowych rolach, na coraz wyższych stanowiskach. Ich awansem rządzi zasada, że idą natychmiast w górę w chwili, gdy już zdążyli zepsuć, ale zanim zostaną rozliczeni.

W mojej branży – akademickiej – dęta „reforma” Gowina (wraz ze spuścizną poprzedniczek) uruchomiła istną lawinę turbokarier, premiując – fetyszyzacją punktów, parametrów, formalnych wskaźników aktywności i „produktywności” – ludzi, którzy ani nie są ciekawi dokonań kolegów i poprzedników, ani nie czują się niczyimi uczniami, ani też nie mają skrupułów, by w przepychance do grantów, stanowisk uczelnianych, nagród tworzyć sitwy, opluwać i obsrywać rywali, organizować klasyczne ustawki (konkursy z wynikiem zagwarantowanym), a przy tym… moralizować, tropić nadużycia i konflikt interesów (nie u siebie, rzecz jasna), piętnować, detronizować, pouczać innych o jakości kształcenia, a publikując za gigantyczne punkty przyczynki i banalne artykuliki narzucać innym swoje kursy „doskonałości naukowej”. JAM JEST DOSKONAŁOŚCIĄ – to motto tych wzorcowych klonów w taśmowej produkcji banału, modnego tematu, schematów „naukowej” poprawności i oczywistości.

Dlaczego tak wściekle atakują kolegów, zwłaszcza starszych, a szczególnie tych, którzy przyczynili się do ich karier, awansów? Dlatego, ponieważ miejsce dla siebie zawsze widzą nie OBOK ludzi równych sobie lub nie daj boże lepszych od siebie, ale ZAMIAST, na ich miejscu. To także jeden z atrybutów kreatury. Jestem świetny, bo załatwiłem taką figurę! Zająłem lepsze miejsce, bo wygryzłem Iksa! I utrąciłem kontrkandydatów. Mamy tu przed oczami niezapomnianą postać Danielaka z filmu „Wodzirej”.

Nikt tego nie umie powstrzymać, ale historia nauki (podobnie – sztuki, polityki) wystawi za to rachunek.

A na razie mamy przyjemność oglądać groteskę: kreatorzy kreatur zachowują się jak Pigmalion, który zakochał się w stworzonym przez siebie dziele idealnym.


* Pierwodruk: internetowe czasopismo DECYDENT & DECISION MAKER, online edition Nr 239, Październik 2021.

278 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Nowy numer Rocznika Teorii Polityki

Z przyjemnością informujemy, iż ukazał się V numer międzynarodowego czasopisma TEORIA POLITYKI. Jednostką odpowiedzialną za numer był Zakład Teorii Polityki Uniwersytetu Gdańskiego. Redaktorami prowad